Dziś w Gazecie Wyborczej w jej internetowym wydaniu znalazłem nisamowity wprost artykuł autorstwa Łukasza Miszewskiego. Poniżej kopiuje go w całości.
Gość opisywany w nim był niesamowity i mimo ze nie ma to nic wspólnego z sedziowaniem na 100% was rozbawi. Swoją drogą, może i znalazłby się jego odpowiednik wsród kieleckich arbitrów? Sam nie wiem - jak ktoś przyjdzie mi do głowy napisze.
Tak jak wiele brazylijskich dzieciaków Carlos Henrique Raposo już niemal od urodzenia chciał być gwiazdą futbolu, tak jak w przypadku wielu brazylijskich dzieciaków jego pierwsze słowa brzmiały również prawdopodobnie ''Pele podaje na skrzydło do Garrinchy, cudowna akcja!''. Tak jak wiele brazylijskich dzieciaków Carlos Henrique - który sam nadał sobie przydomek ''Kayser'', tak bowiem mieli go nazywać koledzy z powodu podobieństwa stylu gry do ''Cesarza'' Franza Beckenbauera, mimo że Raposo grał jako napastnik - wylądował też w końcu w piłkarskiej szkółce jednego z wielkich klubów. Najpierw w 1973 trafił do młodzików Botafogo, później przeniósł się do akademii piłkarskiej Flamengo. Tam wypatrzyli go skauci meksykańskiego zespołu Puebla. W Kraju Ponczo i Sombero, nasz mały bohater już jako Carlos Henrique Kayser (znany też jako Kaiser) przeszedł na futbolowe zawodowstwo. Niestety szybko okazało się, że resztki talentu, jakim dysponował w młodości gdzieś się ulotniły, a sam Carlos zanadto przyzwyczaił się już do życia zawodowego piłkarza - życia pełnego nie najgorszych pieniędzy, kobiet oraz imprez, by z niego zrezygnować. Były też inne powody.
- Jak wszyscy zawodowi gracze, pochodzę z ubogiej rodziny, ale zawsze chciałem dobrze zarabiać, żeby móc zapewnić jej lepsze warunki do życia. Chciałem być piłkarzem, choć nie chciałem grać w piłkę - mówi Kaiser.
Na szczęście znalazł na to sposób.
W czasie swojej futbolowej młodości zdążył zaprzyjaźnić się z takimi asami brazylijskiego sportu narodowego jak Romario czy Edmundo.
Za każdym razem gdy któryś z jego przyjaciół, znanych zawodników zmieniał klub, Raposo podłączał się pod transfer, stając się języczkiem u wagi, przeważającym decyzję nowych potencjalnych pracodawców gwiazd o dokonaniu transferu lub wymiany. W ten sposób Kayser dostawał się na trzymiesięczny okres próbny. Gdy już pojawiał się w nowym zespole rozpoczynał od narzekań, że nie jest jeszcze w formie i potrzebuje kolejnych kilku tygodni na dojście do pełnej dyspozycji fizycznej i zrzucenie paru zbędnych kilogramów. W końcu jednak kończył mu się czas i żądano od niego pojawienia się na prawdziwym treningu zespołu. Żeby nikt nie zorientował się, że graczem jest co najwyżej średnim, a raczej sporo gorszym, Kayser już przy pierwszym kontakcie z piłką zaczynał zwijać się z bólu. O rezonansach magnetycznych, teleportach czy innych wynalazkach z dalekiej przyszłości nikt wtedy w Brazylii nie słyszał, Raposo symulował znakomicie, więc to chytre posunięcie pozwalało mu zarobić kolejny miesiąc lub dwa, które spędzał na intensywnej ''rehabilitacji''.
To oczywiście nie wyczerpywało trików pseudopiłkarza, który zdecydowanie większym repertuarem zagrań popisywał się poza boiskiem niż na murawie. Podczas epizodu w Botafogo ''odbierał'' przy pomocy zabawkowego aparatu telefony od piłkarskich agentów, z którymi zawzięcie negocjował po angielsku. Pomijając fakt, że nikt do niego nie dzwonił, a telefon był nieprawdziwy, to jeszcze równie nieprawdziwy był jego angielski, którego Raposo po prostu nie znał. Co nie zmienia faktu, że szefom Botafogo robiło się chłodno na samą myśl o tym, że mogą stracić tak rozchwytywanego gracza. Zastanawiali się też, skąd ich piłkarz ma telefon komórkowy, który na początku lat 90. był jeszcze niemalże ekstremalnym luksusem. Nie, takiego zawodnika nie mogli stracić. Co więc robili? Oczywiście przedłużali z nim kontrakt.
Kiedy Raposo występował w zespole Bangu, podczas meczu z Coritibą trener Moises postanowił sprawdzić umiejętności Kaysera na boisku, wprowadzając go jako zmianę. Nasz bohater przeraził się, ale tylko na chwilę. Szybko rzucił się na kibiców rywali, wdał z nimi w spektakularną bójkę i został wyrzucony z meczu, zanim jeszcze zdążył zawiązać korki. Za poświęcenie dla klubu, prezes Castor de Andrade nagrodził go nowym kontraktem. Do Vasco da Gama Raposo trafił w 1989 roku po to, by jednemu ze swych bardziej znanych i utytułowanych kolegów pomóc, gdy ten zmagał się z problemem alkoholowym i tylko dzięki temu utrzymywał się w zespole.
- Byłem zawodnikiem Vasco w najlepszym wieku dla piłkarza, ale przejmowałem się jego karierą bardziej niż własną. Czuwałem nad nim, budziłem go rano, żeby wstał na trening... - mówi Kaiser.
To jeszcze nic, bo niewiarygodne triki Raposo wysłały go nawet do Europy. W korsykańskim Ajaccio na prezentacji nowego brazylijskiego napastnika (bo to w końcu nowy brazylijski napastnik!) pojawiły się tłumy. I tym razem jednak Kayser nie dał się zdekonspirować. Machając radośnie do publiczności i pozdrawiając ją, wykopał w jej stronę wszystkie piłki, jakie miał w zasięgu nogi. Dzięki temu fani zespołu cieszyli się z souvenirów, Raposo cieszył się, że nie musi pokazywać swoich miernych umiejętności, a zarząd klubu nie cieszył się, bo nie był już w stanie z braku futbolówek rozegrać meczu sparingowego. W drugoligowym francuskim Ajaccio Kaiser zakończył zresztą w wieku 39 lat karierę.
Karierę trwającą ponad dwie dekady. Dwie dekady w czasie których Carlos Henriqe Raposo występował, a w zasadzie nie występował w barwach najbardziej uznanych brazylijskich zespołów: Botafogo, Vasco da Gama, Flamengo, Fluminense i Palmieras. Nie grał również we Francji, w Meksyku i w USA, cały czas oczywiście pobierając za swoje niegranie sowite wynagrodzenie. Przez ponad dwadzieścia lat wystąpił, ostatecznie zmuszony okolicznościami, łącznie w niecałych 30 spotkaniach, w zdecydowanej większości towarzyskich. Podobno nie szło mu najlepiej. Obecnie 48-letni Kaiser mieszka w Rio de Janeiro i twierdzi, że gdyby choć nieco bardziej przyłożył się do futbolu, mógłby w nim zajść jeszcze dalej. Naszym zdaniem i tak zaszedł wystarczająco daleko.
najbardziej aktualne informacje i komentarze dotyczące Świętokrzyskiego Kolegium Sędziów
Czy jesteś za całkowitą jawnością not wystawianych przez obserwatorów?
środa, 22 czerwca 2011
1 komentarz:
"Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Podczas dodawania komentarza zbierane są informacje o adresie IP Twojego komputera. Informacje te w razie potrzeby mogą zostać udostępnione organom ścigania w celu pociągnięcia autora komentarza do odpowiedzialności karnej lub cywilnej.
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
szkoda tylko że redaktor "z czuba" firmuje artykuł własnym nazwiskiem, gdy jest to tłumaczenie artykułu dostępnego m.in. tutaj
OdpowiedzUsuńhttp://www.fmanager.com.br/forum/index.php/topic/96108-a-historia-de-carlos-henrique-kaiser-o-forrest-gump-do-futebol-brasileiro/
wstyd...